Relacje

Rajd „Ten Trzeci”
Słowacki Raj, Tatry Niżne
28.04 - 03.05.2000

Zaczęło się jak zwykle, a więc spóźnieniem pociągu. To znaczy ten, który miał jechać wcześniej, pojechał później, a ten co później - to wcześniej. Logiczne, prawda? W każdym razie znów postraszyliśmy panią sprzedającą tandetę w kiosku pod neonem KWIATY i w końcu grupka naiwniaków wsiadła do pociągu i pojechała.

I tak zaczęło się kolejne (dla mnie już 26) człapanie po drogach i bezdrożach od świtu (a nawet wcześniej) do zmroku (a nawet dłużej), zwane potocznie rajdem.Tym razem jechaliśmy daaaleeekoooo, aż na Słowację, a konkretniej do Słowackiego Raju (to dla leser... o przepraszam, ambitnych inaczej) oraz w Tatry Niżne (dla rzeczywiście ambitnych). A rzecz cała miała miejsce od 28 (trasy sześciodniowe) lub 29 (trasy pięciodniowe) kwietnia do 3 maja, choć niektórzy zabawili dłużej.

W końcu dojechaliśmy. Wprawdzie nie o 8.47, a o 10.20, ale przecież i tak kochamy PKP. Po drodze jeszcze było miasto nad Wisłą (prosimy nie podpowiadać !!!). W Zakopanem szybka przesiadka na autobus PKS, z krótką przerwą na wymienienie koron czeskich na słowackie (to tylko niektórzy) i dalejże na Łysą Polanę. Tu wtoczyło się kolejno trzech pograniczników, jeden nasz dwóch Słowaków i bez zbędnych formalności pojechaliśmy dalej. Za granicą nasz kierowca bawił się w spychanie do rowu wszystkich jeżdżących wolno (tj. poniżej 100 km/h) i właśnie dzięki takiej prędkości już od 12 byliśmy w Starym Smokovcu. Tutaj wysiedliśmy małą grupką (6 sztuk), a reszta les..., ambitnych inaczej pojechała dalej do Hrabuąic, aby tam się przez parę dni pobyczyć. My po niespełna godzinie czekania wsiedliśmy do normalnego kursowego autobusu SAD (im dalej w sad tym więcej drzew, na szczęście na żadne nie wpadliśmy) i po 14-tej dobrnęliśmy do Liptowskiego Hradku. To małe miasteczko znane przede wszystkim z zakładów TESLA, produkujących tzw. głośniki i radia (na tej zasadzie maluch jest tzw. samochodem). I ruszyliśmy na szlak.

Jeszcze w centrum nastąpiło zgubienie szlaku po raz pierwszy, potem kładką przez Wag, szlak się znalazł, podejście na Brtkovicę, przeczekanie burzy w sienniku dla zwierzyny (to nie chodzi o nas) potem mordercze podejście na Slemä i równie nieprzyjemne zejście na Svidovskie Sedlo, na które dotarliśmy po wpół do ósmej. I w tych pięknych okolicznościach przyrody spędziliśmy noc.

Rano Piotrek i Kaśka stwierdzili, że w nocy słyszeli samochód. "To niemożliwe" - odrzekliśmy - w Parku Narodowym ? Jednak chwilę później okazało się, że mieli rację - szutrową drogą prowadzącą na nasze Sedlo podążał tzw. (patrz wyżej) samochód, a konkretnie Skoda. Wewnątrz samo... , sorry pojazdu, siedziało czterech ubranych na zielono panów. Kierowca otworzył okienko i spytał, czy wiemy, że tu nie wolno spać? Wiemy, odpowiedzieliśmy, nie wolno. Chcieliśmy dojść do schroniska pod Dumbierem, ale pociąg się spóźnił, autobus nie przyjechał, po drodze jeszcze było tornado, powódź, trzęsienie ziemi, stada Indian na nas napadły itp. Na końcu pan stwierdził, że na drugi raz mamy koniecznie iść pod Dumbier. Na drugi raz... ???

W końcu ruszyliśmy. Nastąpiło zgubienie szlaku po raz n-ty. W końcu wdrapaliśmy się na Równą Holę, skąd z pozycji horyzontalnej podziwialiśmy widoki. Potem małe dupozjazdy przerywane przedzieraniem się przez kosówkę i już byliśmy na Kumątovym Sedle na głównej grani Tatr Niżnich. Stamtąd podążyliśmy na Wschód (tam musi być jakaś cywilizacja) i wkrótce byliśmy na Čertovicy - jedyne miejsce na grani, gdzie istnieje cywilizacja (tj. łazienka, knajpa i kejter, który nie wypuszcza klientów, jak nie zapłacą). Tam wciągnęliśmy pi-erożki z bryndzą i piwko i dalejże granią w kierunku chaty na Ramży. Kto chaty nie widział - niech zobaczy. W środku klepisko pokryte gałęziami świerku, piec, na którym można ususzyć sobie wszystko co kto chce, prycze i brak dostępu tlenu w nocy.

Rano wstaliśmy (t)rzeźwi jak poranek i ruszyliśmy dalej. Był to dzień znacznie bardziej śnieżny niż rajd śnieżny, ale cóż. Po drodze parę popasów (tzn. było po pas śniegu), ucieczka przed kilkoma burzami, gubienie szlaku po raz n+1 oraz złowieszczy napis na śniegu : HALNY - MEMENTO MORI. Po morderczym podejściu na Wielką Vapenicę już mniej morderczy odpoczynek, a potem po śladach niedźwiedzi w dół w kierunku chatki na Andrejcovej. Tu spaliśmy już sami (tzn. bez tubylców) i przez dwie i pół godziny usiłowaliśmy rozpalić piec. Nad piecem suszyły się nasze buty, skarpetki itp. delicje, a na piecu Kaśka gotowała herbatę, której potem nie wypiła. Ciekawe dlaczego ?!?!?!?!

Dnia czwartego pobudka nastąpiła o godzinie wyjątkowo niekrasnoludzkiej, tj. o 4. Przed szóstą ruszyliśmy i tu sprawdziło się powiedzenie, że biednemu wiatr w oczy. A dokładniej z lewa, ale i tak wystarczyło, aby człowieka z plecakiem przenieść o jakiś metr. Na Kralovej Holi włamaliśmy się do stacji przekaźnikowej, aby tam trochę odtajać, a potem nastąpiło to, co tygrysy lubią najbardziej - piękne zejście z widokami nie tylko na przyszłość. W dodatku wiatr się uspokoił i schodząc co kilkadziesiąt minut zdejmowaliśmy z siebie jedną warstwę ciuchów. I tak oto dotarliśmy do Vernaru. Tu napadliśmy na knajpę i sklep, a potem ruszyliśmy w kierunku Raju. Jak wiadomo, przed rajem jest czyściec - a konkretnie zarąbiste wzgórze pokonane na szagę, tzn. bez szlaku w poprzek grzbietu. Po jakieś godzinie czyśćca dotarliśmy do Raju. Pozostało już tylko przejść kawał szosą do najbliższego parkingu, złapać stopa i dać się podwieźć pod samą kwaterę w Hrabuąicach.

Na miejscu standardowo : mycie, picie, jedzenie, spanie, ostatnie przygotowania do mety, w końcu sama meta, po której szybko zapadłem w śpiączkę rajdową. Rano standard : pakowanie, ładowanie się do podstawionego autobusu (swoją drogą : ciekawe, czy na Słowacji znają inne zespoły niż Boney M), podróż na Łysą Polanę tym razem bez spychania bliźnich do rowu, znudzony pogranicznik w budce, łysobus do miasta, zakupy na Krupówkach w tłumach stonki, PKP (tym razem punktualne) i już w domu.

I to by było na tyle. A jak komuś mało, to niech się gubi na następnych rajdach.

Rafał Jankowiak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań