Relacje

Rajd „(Bez)Śnieżny”
Beskid Żywiecki
08-10.12.2000

Relacja z trasy dwudniowej

Zaczęło się z pozoru zwyczajnie - przychodzimy na dworzec, kupujemy bilety, dostajemy znaczki itp. Ale tylko z pozoru : oto bowiem organizerka Jolka stwierdziła, że trasa jest zbyt krótka, więc trzeba ją przedłużyć. Jest to o tyle nowa świecka tradycja, że zwykle na Rajdach Śnieżnych był problem odwrotny - tzn. śniegu było tyle, że trasy należało skracać. A tym razem... Ale nie uprzedzajmy faktów.

Wsiedliśmy do „zakopianki”, która miała nas dowieźć do Katowic. I dowiozła, nawet prawie punktualnie. Po drodze trochę pomęczyliśmy współtowarzyszy podróży brzdękoleniem na radkowej gitarze (sam Radek w dzień ów ciężko pracował), trochę (bardzo trochę) pospaliśmy i w ogóle było jak zazwyczaj. Wysiedliśmy w Katowicach o godzinie niekrasnoludzkiej i zaraz przesiedliśmy się do pociągu do Żywca. Pociąg (zwany potocznie „kiblem”) składał się z dwóch wagonów. My wybraliśmy drugi z nich, gdyż w pierwszym znajdowały się siedzenia odporne na próbne wybuchy jądrowe, a na takich - jak uczy doświadczenie - spać się nie da. A czego, jak czego, ale snu potrzebowaliśmy najbardziej.

W Żywcu byliśmy trochę przed szóstą. Nadzieja na dobra pogodę rozwiała się razem ze spalinami autokarów PKS wymieszanymi z dżdżysta mgłą. Nic to, wsiedliśmy do PKS-u i półprzytomni dojechaliśmy do Korbielowa. Pogoda niby się trochę poprawiła, ale ciągle ołowiane chmury pokazywały, że tam naprawdę to my nie mamy tu w temacie pogody nic do gadania. I ruszyliśmy - najpierw przez Krzyżową na Przełęcz Półgórską, gdzie dotarliśmy do granicy słowackiej. Stąd - rzeczoną granicą - na Przełęcz Glinne, gdzie znajduje się drogowe przejście graniczne. I na trasie - o zgrozo - śniegu niet : ani widu, ani słychu. Pełni optymistycznych (o naiwności !!!) nadziei na napotkanie białego puchu w dalszej części marszu, ruszyliśmy na Piwsko, to jest chciałem powiedzieć, na Pilsko. Podejście - owszem, niczego sobie, można sobie posapać.

Po półtorej godzinie byliśmy już na Hali Miziowej pod Piw... Pilskiem, gdzie wpierw na nas napadły schroniskowe psy, a potem my napadliśmy na samo schronisko. Zostawiliśmy tam bagaże i na luźno poszliśmy na szczyt. A śnieg - cóż, nadal niet. Co więcej - w słoneczku taka temperatura, że widok człowieka w krótkim rękawku (GRUDZIEŃ !!!) nie był wcale aż taki rzadki. Po jakiś trzydziestu minutach już byliśmy na szczycie. Widoczek - niczego sobie, gdyż wiatr rozgonił chmurzyska i było nawet sporo widać : od najbliższych górek w Beskidzie Żywieckim, przez Babią Górę, Tatry, fragment Tatr Niżnich, Wielki Chocz aż po północny skrawek Małej Fatry. Czyli nieźle.

Z Pilska zeszliśmy szybciutko (niektórzy nawet jeszcze szybciej - błotko było faaajneeeeeee) do schroniska na Miziowej, wzięliśmy bagaże i ruszyliśmy ochoczo na dół, w kierunku Sopotni Wielkiej, a dokładnie ku małej Chatce Budowlanców, która właśnie tam się mieści. Jest to typowa chatka studencka - a więc pewne luksusy typu ciepła woda są tam rzadkością. Ale był prąd (a nawet czajnik elektryczny !!!), super ciepła jadalnia (która notabene pełniła też rolę sypialni) i półka - śmierdziółka - czyli coś na postawienie butów poza pokojem. Jakkolwiek buty w pokoju zapewniają bezpieczny i długotrwały sen...

W końcu zaczęła się meta - piszę „w końcu”, gdyż osoby, które niosły nagrody do konkursów pobłądziły na jednej z kilkunastu dzikich ścieżek łączących Halę Miziową z chatką. Ale jednak dotarły - trochę obłocone, odeszczone, ale całe i szczęśliwe, więc meta ruszyła pełna parą. Nie jest chyba możliwe do końca opisać to, co tam się działo, ale - czy wiecie na przykład jak się je czekoladę w czapce, szaliku, rękawiczkach i w dodatku widelcem ??? Nie wiecie - zobaczcie sami na kolejnych rajdach.

Meta trwała ponoć do czwartej rano. Piszę „ponoć”, gdyż sam ulotniłem się znacznie wcześniej - po prostu luksusy spod znaku PKP dają się mocno w kość - i to dosłownie w kość. Rano nastąpiły typowe czynności pometowe: reanimacja, pakowanie, jedzenie, picie, mycie, itp. i wyruszyliśmy w drogę powrotną na PKS, którym dojechaliśmy do Żywca. Potem mały napad na market, pociąg do Katowic, drugi do Poznania, palce spuchnięte od wielogodzinnego rąbania w struny i to chyba wszystko. A nie - zapomniałbym o najważniejszym elemencie podróży powrotnej - udało nam się pobić rekord pojemności przedziału. Przy półkach (niekoniecznie śmierdziółkach) zapełnionych plecakami, tylko na siedzeniach zmieściło się nas ... 25. Chociaż czasem w pociągach do Zakopca bywa gęściej...

Zeznania spisał: Rafał Jankowiak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań