Relacje

Rajd „Primaaprilisowy”
Góry Mokrzyckie i Pasmo Wolińskie
01-02.04.2000

(z subiektywnego punktu widzenia Jarka Kozianowskiego)

Do Kamienia Pomorskiego dojechaliśmy skoro świt (ok. 9.00). Do autobusu mieliśmy jeszcze szmat czasu, więc poszliśmy zobaczyć miasto. Zwiedzanie zatrzymało się na katedrze, bo na więcej nie starczyło czasu. A siedzieliśmy tam z pół godziny, oglądając organy, malowidła, ołtarz (przywieziony onegdaj z Trzęsacza), skarbiec z nielicznymi, ale bardzo ciekawymi eksponatami, w większości nadgryzionymi zębem czasu. Później zahaczyliśmy o wirydarz (kto chce go zobaczyć, niech sięgnie do któregoś z podręczników historii do podstawówki, tam jest jego zdjęcie), pięknie utrzymany wraz z wieloma różnorakimi roślinami. Szkoda, że jeszcze nie rozkwitły. Ciekawostką katedry był „stoliczku nakryj się”, czyli mały straganik z pocztówkami, który dziwnym trafem pojawiał się zawsze na naszej drodze. A to przy wejściu, a to przy skarbcu. Wręcz nie sposób było się od niego odczepić.

Później nagle pojawiliśmy się w Dziwnowie, skąd, rzuciwszy się na plażę, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę na zachód. Szło się fajnie, bo piach był twardy, tylko pokryty masą muszli i kamyków wyrzuconych po niedawnym zapewne sztormie. Po drodze w Międzylesiu (a może Międzywodziu? ) natknęliśmy się na punkt widokowy, z którego niczym z Kasprowego podziwialiśmy piękno okolicznych wzniesień (na morzu, bo wiało). Chwilkę dalej minęliśmy ceprostradę (dla ludzi, których męczy schodzenie z wydmy po schodach). Niestety nigdzie nie było schodów ruchomych. Gdy już się nam znudziło łażenie po plaży, przenieśliśmy się do lasu (bo asfaltem też nikt nie chciał chodzić). Szliśmy tedy po pagórkowatych bezdrożach, gdzie można było poczuć się niczym w Beskidzie Małym. Panowała tam jeszcze zdecydowanie złota polska jesień. Nasza górska radość nie trwała długo, bo natknęliśmy się na jednostkę wojskową i trzeba było balansować na grani, pomiędzy militarnym płotem z drutu kolczastego a 30-metrową przepaścią. Później ledwie dostrzegliśmy latarnię morską (która z natury rzeczy była schowana głęboko między drzewami) i poszliśmy dalej w kierunku Międzygórza (zdrojów). Idąc za szlakiem zaliczyliśmy wszystkie możliwe azymuty, w wyniku czego znów wylądowaliśmy na plaży. I tak do wieczora. Wędrówka była urozmaicona klifowymi urwiskami i lokalnym gołoborzem (czarownic nie było, tylko jakaś squaw z kimś tam w namiocie na plaży).

Mety niestety nie opiszę, bo ją przespałem (zdaje się, że jak wszyscy pozostali). W niedzielę poszliśmy na molo, a później ku Wapnicy. Po drodze minęliśmy resztki hitlerowskich wyrzutni V-2, i doszliśmy do Turkusowego Jeziorka. Akurat wyszło słońce, toteż widoczek był piękny, a turkus turkusowy. Zrobiło się ciut późno, więc część rajdu wróciła do Międzygórza (zdrojów), ale część kontynuowała trasę do Wolina. Zaraz po znalezieniu Dębu „Wolinianin” (który niestety chyba na zawsze utracił swe piękno, po tym jak go 6 lat temu połamała wichura) wpakowaliśmy się w rezerwat roślinności kserotermicznej. Jedyny szkopuł w tym, że kilka lat temu zmieniono przebieg szlaku, i ten zaznaczony na mapie zarósł jeżynami i innymi chwastami. Wiodła nas dzika ścieżka (dzika jako dopełniacz a nie przymiotnik), poprzez bezdroża, jary i pagórki. I tak doszliśmy do Dziabągowa (tzn. Dargobądza), a stamtąd już w mechaniczny sposób do Poznania.

Jarek K.

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań