Relacje

Rajd „Październikowy”
Góry Bialskie, Masyw Śnieżnika
27-29.10.2000

Relacja z trójki Międzyleskiej

No więc zaczął się kolejny sezon - i nie chodzi wcale o sezon polowań na kaczki czy coś takiego, ale sezon polowań na frajerów, którzy nie bacząc na niewygody, kiepską pogodę, nieogrzewane schroniska i tym podobne okoliczności przyrody, jeżdżą na rajdy w góry w dość, hmmm...., niekonwencjonalnych porach roku.

Zebraliśmy się tam, gdzie zawsze - czyli pod neonem „Kwiaty” o godzinie niechrześcijańskiej, bo o 1:00 w nocy. Było jak zwykle - czekanie na organizerów, znaczki, kupowanie biletów u przesympatycznych i super rozgarniętych pań w kasach, wybór trasy (a było ich tym razem sporo) i marsz na peron. W pociągu też było normalnie - tzn. kto, z kim, gdzie, w jakiej pozycji i dlaczego. Nam akurat trafił się przedział, którego pasażerowie nie wietrzyli od samej Gdyni, a że dwie uprzejme panie o kubaturze XXL miały zdjęte buty to...

W końcu dojechaliśmy w góry. Część naszych wysiadła w Bardzie, żeby potem postraszyć niedźwiedzie w „naszej” (tzn. leżącej tuz obok naszej letniej bazy namiotowej) Jaskini Radochowskiej, reszta pomknęła (pomknęła ???) do Kłodzka. Maciek (jeden z organizerów) z ekipą poszli piechtą na PKS i pojechali do Złotego Stoku szukać złota i szczęśliwych kuponów Totka, a potem przejść górami do Lądka - Stójkowa. Tylko prawdziwi twardziele (oprócz innych twardzieli, którzy w tym momencie dopiero jechali pociągiem ze swymi dwukołowymi rumakami) pojechali dalej PKP do Bystrzycy (grupa Mirona) lub Międzylesia (my) - czyli tam, gdzie netoperek mówi „dobru noc”.

Na miejscu okazało się, że jest nas 18. Miało być 13, ale ciemności w pociągu sprzyjają... (wiem, pewnie już macie co nieco na myśli)... sprzyjają oczywiście temu, żeby przespać stację, na której się chciało wysiadać i wysiada się na ostatniej możliwej, zwłaszcza, gdy ta leży tuz przy granicy. No i ruszyliśmy. Wprawdzie grupa niedowiarków sądziła, że przewodnikowe 7 godzin rozrośnie się do co najmniej dziesięciu, ale już po faktycznie 7 godzinach byliśmy w schronisku pod śnieżnikiem. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Początek drogi był wręcz nudny - szutrowa droga polna, miejscami asfalt. Potem zrobiło się znacznie ciekawiej - ostro pod górę wprost na Opacz. Potem już łagodniej granią przez Jasień i Trójmorski Wierch, a stamtąd na Mały śnieżnik, skąd już tylko kawałek na Halę pod śnieżnikiem. Po drodze podobno są niezłe widoki - w końcu idzie się granią, która prowadzi główny wododział europejski. Podobno - bo widoczność ograniczała się do jakichś 20 - 30 metrów ze względu na szwendające się między nogami chmury. Jedyne co widzieliśmy, to dość ciekawa roślinność typu torfowiskowego (podobnie jak na Równi pod śnieżką) porastająca kopułę szczytową Małego śnieżnika.

W każdym razie na Hali pod Snieżnikiem byliśmy około 15:00. Tu zostaliśmy mile zaskoczeni. Nie, nie łudźcie się - jak się zrobi „pstryk” to zapala się najwyżej świeczka. Prądu ciągle nie przynoszą z dołu. Natomiast od naszego ostatniego pobytu na Hali pojawiły się całkiem porządne łazienki, prysznice i nawet bywa ciepła woda. Niestety to wszystko za horrendalne pieniądze - od 15 do 20 złotych za łóżko, skrzypiące zresztą. W schronisku, jak to zwykle pierwszej nocy, odbyło się Wielkie Spanie, czyli próba odpoczynku po komforcie spod znaku PKP.

Rano, kiedy to trasowicze zostali obudzeni przy pomocy „Dzień dobry, zastałem Jolkę?”, nikt już nie miał wątpliwości, że to właśnie ten film (wespół z „Miśkiem”) króluje na naszej trasie. Po typowych porannych czynnościach wyruszyliśmy. Ludziska znów nie wierzyli, że trasa do Bielic jest do przejścia w przewidzianym czasie, ale po dobrej radzie „sami sprawdźcie, jak nie wierzycie milicji” po prostu ruszyli. Podejście na Śnieżnik podobnie jak cały poprzedni dzień - w totalnym mleku przeplatanym tylko czasem śmietanką. Ze śnieżnika w dół - niewiele lepiej, tylko przestało tak mocno wiać. Na Przełęcz Płoszczyna, oddzielająca masyw śnieżnika od Gór Bialskich dotarliśmy w rekordowym czasie 2h30. Tam urządziliśmy czekoladową ucztę (sztuk 5, z czego jedna 200-gramowa), a dwóch naszych (jakkolwiek z innej trasy) postanowiło zbadać szczelność granicy polsko-czeskiej i nie bacząc na stojący tuż za granicą radiowóz zeszło na pivo do Stareho Mesta.

My podążaliśmy dalej, zresztą na wschód (tam musi być.... chyba wiecie, co). Na podejściu na Rudawiec dognaliśmy część trasy trzydniowej idącej przez Jaskinię Radochowską oraz niedobitki trasy dwudniowej w składzie eMZety, sztuk 2 (tzn. Marcin i Magda). Razem poszliśmy dalej aż do Puszczy Jaworowej. Niestety, podobnie jak przed 5 laty, znów się spóźniliśmy - drzewka były już łyse, a ścieżka niewidoczna spod zwałów czerwonawych liści. Po dojściu do szosy zostało już tylko 20 minut czymś asfalto-podobnym do Chaty Baptystów - chyba jednego z najbardziej fenomenalnych schronisk w tej części Wszechświata. jest ciepły prysznic, czyste łazienki, kuchnia i jadalnia z wyposażeniem, kilka wieloosobowych pokoi oraz położony na strychu „kopulodrom” - sala z materacami, na których jest teoretycznie niespełna 20 miejsc, w praktyce znacznie więcej; zależy to zresztą od zażyłości ;).

Na nocleg schodziły się kolejno poszczególne grupy i grupki, brakowało tylko organizerek, które miały przygotowana metę. Meta się jednak rozpoczęła, jak zwykle dzięki nieocenionemu Radkowi, który przytrzymał uczestników w sali metowej grając rozliczne szlagiery sprzed lat, typu „Wsiąść do pociągu...”.

Po godzinie 21:00 zaczęliśmy się na serio niepokoić losem zaginionych ludzi pod wodzą Agnieszki-organizerki-blondynki, w końcu zapadła decyzja, że trzeba ich szukać. Powiadomione zostało schronisko na śnieżniku (dokąd mogli oni teoretycznie wrócić) oraz polska Straż Graniczna, która obiecała zresztą zawiadomić zaraz swoich czeskich kolegów. W końcu, a było już około 22:00 grupka się znalazła („A jest nasza blondyneczka”), okazało się, że zamiast 3 osób (jak sądziliśmy wcześniej) jest ich grubo ponad 10. Odwołaliśmy wszystkie możliwe alarmy i meta rozpoczęła się pełną parą. Po serii jak zwykle mniej lub bardziej głupich konkursów nastąpił moment kulminacyjny, czyli przyjęcie nowych członków do Klubu ( wśród stałych bywalców zwane „wciągnięciem na członka z ramienia Zarządu” ). Tym razem wciągniętych było aż czterech - trzech zwykłych organizerów oraz Andrzej - zmotoryzowany inaczej inicjator trasy rowerowej. Potem nastąpiła część nieoficjalna mety, po której wszyscy grupkami zaczęli zmierzać w kierunku miejsc spoczynku (chodzi oczywiście o śpiwory).

Niedziela była tradycyjna - odespanie dla tych co muszą, msza dla tych, co chcą i zdążą oraz droga na pociąg do Sran... Stronia Śląskiego oczywiście. Tam napadliśmy na kasę, nabyliśmy bilety i ruszyliśmy w drogę powrotną. Przyznać trzeba, że tego dnia pociąg do Kłodzka pobił chyba wszelkie możliwe rekordy frekwencji i dochodowości. Doszło nawet do tego (a tego nie pamiętali najstarsi górale), że część tubylców jadących vlakiem musiała stać na korytarzu. W Kłodzku bieg przez tory na pośpiecha do Wrocławia, we Wrocku tradycyjnie uaktywniła się klubowa sekta Hare-Knysza (czyli miłośnicy wielkiej bułki na winie - co się nawinie, to do bułki), potem już tylko walka o miejsca w pospiesznym „Światowidzie” (który tego dnia przyjechał o zgrozo punktualnie) i już Poznań.

A więc do zobaczenia na kolejnych rajdach !!!

Zeznania spisał: Rafał Jankowiak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań