Relacje

Rajd „Na Przekór”
Masyw Babiej Góry
11-14.11.1999

Spotkaliśmy się o 21 na Dworcu Głównym pod neonem „Kwiaty”, który zresztą trudno zobaczyć bo się nigdy nie świeci. Pociąg odchodził o 22 więc rajdowo udaliśmy się na peron, gdzie czekał na nas pojazd do Zakopca. Nieświadomi trudów podróży, tj. ci co przyszli ciut później spędzili drogę na korytarzu pociągu (warto było udawać śpiących by co chwilę nie być zmuszonym do udrażniania przejścia do „komnaty ulg”).

Pierwsza przygoda, uroki przyrody, góry, las, itp. czekały nas już tuż po wyjściu z pociągu (drugiego, bo po wyjściu z pierwszego zamiast budzika (6:27), był mały bieg „na przełaj” torowiska), połamani, niewyspani bez czucia rąk, nóg i głodu ruszyliśmy!!! Było ślisko, wilgno od góry i dołu, mokre liście, błoto (czyt. mały poligon). Ale było OK. Pierwszy popas w Chacie Adama: coś ciepłego i pierwszy widok pyszczków, który będzie nam towarzyszył dalej w męczarniach i ekstremalnych warunkach czego i tak niektórzy nie byli jeszcze świadomi.

Pierwsza górka zdobyta, jeszcze w porannej mgle, po drodze mijając kryształki lodu na trawie. Potem ciut się przejaśniło, a my dalej szliśmy: do góry i na dół, do góry i na dół, i do góry, po mokrym i śliskim (patrz jw.). Potem o księżycu - już było obojętne czy przez błoto, czy przez wode. Aż doszliśmy. Szczęśliwi byli ci co ujrzeli schronisko na Markowych Szczawinach. Szczęśliwi i już bardziej świadomi o co w tym chodzi, ci co wcześniej byli mniej świadomi.Po wstępnych rytuałach poprzedzających noc, po wszelkim okazaniu radości, ża doszliśmy i po przyjęciu płynnych środków nasennych ułożyliśmy się do regeneracji.

Drugiego dnia zdawało się być nam wszystkim raźniej.Choć trasy wcale łatwiejsze nie były.To adrenalina (związek wydzielany w organiźmie istoty żyjącej i myślącej (<-- warunek konieczny) pod wpływem: stromości, głębokości, braku przyczepności, braku chwytności, braku snu, nadmiaru wrażeń i ciężarów (nie tylko w sferze psychicznej)) sprawiła, że było wesoło. Wiernie zaczęło towarzyszyć nam „Radio Bambino”, które ładowało nasze tranzystory i na trasie i wieczorkami tak, że „cała sala śpiewała z nami”.

Dzień drugi zaczął się atakiem na Perć Akademicką, a zakończył dumnie - zdobyciem Babiej Góry. A było co zdobyć. Prawdziwa, harda Baba. Twarda jak skała, tj. skała twarda, pokryta lodem, niełatwo dostępna, aczkolwiek smukła, strzelista, pięknie spowita bielą. I jak się okazało warta zdobycia, nawet w trudach: dopiero na szczycie pokazało nam co kryje. Co to były za widoki!

Trzeci dzień toż to już był relaks. Spacerek po lesie po wiosce. Jakieś małe spotkanie ze stadem zwierzyny (niezidentryfikowanej, bo choć blisko, biegło szybko) i dojście do celu, do Jordanowa, gdzie jak nazwa wskazuje można (środki znieczulająco-wspomagające mile widziane: wiele ułatwiają, dużo dają!) pograć w kosza, w siatkę i uczestniczyć w dziwnych konkursach i zabawach itp. (skąd na to siły !?). Było przeciskanie się przez sznureczki (czyt. sprawdzian kto ile schudł na trasie), były gąsienice (czyt. kto jeszcze może ruszać giczałami). No i rzecz jasna tradycyjnie już na dobranoc były jeszcze kalambury. Kreda sypała się litrami.

Ostatni dzień to tylko smutny powrót do domu. Humor była w stanie dać tylko myśl o wannie z ciepłą wodą.

Na szczęście to nie ostatni rajd. Znów będzie można gdzieś się wybrudzić, zbłądzić, pobłądzić, powędrować, zdobyć...

Ania Borowska

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań