Relacje

Rajd "Ten Trzeci”
Bieszczady
27.04 - 05.05.1996

Zgodnie z obietnicą przesyłam sprawozdanie z Dziewiątki. Nasza silna grupa pod przewodnictwem samego Kierownika rajdu przewędrowała najwięcej (ta ilość czasu!). A na kierowniku wszyscy wyżywali się psychicznie (cud, że przeżył!) w skrajnych okolicznościach grożąc mu zjedzeniem. A wszystko dlatego, że tak bardzo się o wszystkich martwił. Co więcej, było to jego najbardziej ulubione zajęcie.

Trasa Dziewięciodniowa rozpoczęła działalność w Ustrzykach Dolnych, przy oszałamiającej (w miarę) pogodzie i znakomitym (ha!) humorze uczestników. O naiwności! Nie wiedzieliśmy co nas czeka. Po wybitnie długim dojeździe nasz Kierownik lekceważąco stwierdził, że to tylko 7.30h. To były jego wizje. Nie dość, że kazali nam chodzić w poprzek grzbietów, (jakby nie można wzdłuż!), to jeszcze 7.30 rozrosło się do niebywałych rozmiarów, urozmaiconych skrótami bez szlaku (trafiliśmy!) i szosodromą przez ostatnie 6 km.

Doczołgaliśmy się do schroniska na Wańce-Dziale i padliśmy. Z okazji braku wody (jakaś awaria) zarządzono Dzień Dziecka. Tylko najwytrwalsi i najbardziej odporni na zimno poszli do błotnistego strumienia. Jedynym pocieszeniem dla wycieńczonych (no w miarę...) uczestników było obejrzenie w naturze stada żubrów, które przewędrowało z hukiem na Żukowie, oraz zwiedzenie (tylko z wierzchu) cerkwi w Równi. To ta cerkiew ze znaczka rajdowego. Podziwialiśmy też widoki na zalew Soliński, oraz wiosenne kwiaty, których ilość zwiększała się w miarę wchodzenia coraz głębiej w góry. Po drodze spotykaliśmy kartki podpisane PI, które, jak podejrzewaliśmy zostawiał Piotr, idąc indywidualną trasą jedenastodniową.

Następnego dnia, a była to niedziela, kierownik równie precyzyjnie jak dnia poprzedniego poinformował nas o długości trasy. Mieliśmy przewędrować przez Otryt i poprzez Magurę Stuposiańską (to już na lewym brzegu Sanu) dotrzeć do schroniska studenckiego na Przysłupie. Po drodze obejrzeliśmy kopalnię ropy naftowej (duży kran wystający z ziemi) oraz spotkaliśmy Kiciny (sztuk 2), którzy powędrowali z nami dalej. Po drodze napadliśmy na sklep, który został otwarty na nasze wyraźne żądanie. Pod koniec dnia dopadła nas burza. Najbardziej zmokli ostatni, czyli Kiciny. W schronisku spotkaliśmy Piotra, który potwierdził autorstwo kartek. Następnego dnia poszedł dalej sam na spotkanie trasy Siedmiodniowej.

W poniedziałek poszliśmy do gniazda Tarnicy. Startowaliśmy z Ustrzyk Górnych, do których dostaliśmy się autobusem. Nasz Kierownik w autobusie stwierdził, że czuje tu Radka, który wraz z trasą Siedmiodniową miał wysiąść przystanek wcześniej. Kartka znaleziona pod koniec dnia, podpisana PI + 4 = 7.14 potwierdziła poranne przypuszczenia. Na trasie wściekły wiatr i wspaniałe widoki, tylko lekko zamglone. Ostatni odcinek do schroniska pokonaliśmy w rekordowym tempie uciekając przed burza. A Kiciny znowu zmokły, co stało się tradycją.

Dzień kolejny (to już wtorek) potraktowaliśmy ulgowo i przez Połoninę Caryńską weszliśmy na Połonine Wetlińska. Po drodze w Berehach obejrzeliśmy cmentarzyk bojkowski (a raczej to, co po nim zostało). Widoczność na początku kiepska (niskie chmury) w trakcie podejścia na Wetlińską się poprawiła. A Kiciny znowu dopadła burza.

Środę, Pierwszy Maja uczciliśmy totalnym leserstwem i w drodze do Jaworzca nie weszliśmy nawet na Smerek. Za to ze schroniska część grupy zrobiła sobie spacer krajoznawczy. Pozostali oddawali się totalnemu obżarstwu. We czwartek, ostatni dzień przed długim weekendem poszliśmy do Jabłonek z nadzieją zrobienia zakupów. W Dołżycy, po zejściu z Falowej środkowa część grupy po niedemokratycznych dyskusjach i demokratycznym głosowaniu postanowiła wysłać silną grupę w składzie Majka i Młoda, stopem do sklepu w Cisnej nie mając nadziei na dojście do Jabłonek przed zamknięciem tamtejszych sklepów. Silna grupa się wykazała i w nieco ponad pół godziny załatwiła sprawę. Michał, który był jak zwykle z przodu, po dotarciu do Jabłonek i zorientowaniu się, że o sklepie nikt tam nigdy nie słyszał podjął podobną decyzję i pojechał po chleb do Baligrodu. W efekcie różnych rzeczy nam brakowało, ale nie chleba. Po drodze spotkaliśmy trasę Pięciodniową, idącą z Jabłonek do Jaworzca. W Jabłonkach spaliśmy w przedszkolu i wszyscy dorwali się do zabawek. Cud, że nie zdemolowaliśmy sali przedszkolnej.

Piątek. Idziemy do Cisnej przez Łopiennik. Trasa niezbyt długa, więc radą w radę podjęliśmy decyzję o opalaniu się. Godzina na słońcu dość wysoko w górach załatwiła niektórym kartę wstępu do Indian. W Cisnej zdecydowaliśmy się nocować na glebie w Bacówce, pomimo kuszącej propozycji noclegu w szkole. Bacówka okazała się wieczorem oblegana przez hałaśliwych zmilitaryzowanych i równie hałaśliwych Warszawiaków. Ci drudzy nie mogli zrozumieć konieczności porannego wstawania i o siódmej rano mieli jakieś pretensje o hałasy. Ale jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, a zemsta jest słodka.

Sobota i wędrówka na Jasło. Z Jasła niesamowite widoki we wszystkich kierunkach, że mimo silnego wiatru nie chciało się schodzić. Jasło okazało się miejscem spotkań. Po kolei dochodziła Siódemka, Dwójka (tak, byli i tacy). Bardziej ambitni wędrowali dalej na Okrąglik, na granicę państwową, starannie przez nas omijaną na tym wyjeździe, mniej ambitni zeszli wprost do schroniska do Roztok Górnych. W schronisku orgia kąpieli w CIEPŁEJ wodzie. Później zaś wydarzenia dziwne i tajemnicze.

A było to tak.

Przed zachodem Słońca Kierownictwo oraz Wtajemniczeni spędzili towarzystwo nad potok, aby poddać chętnych (niechętnych też) specyficznemu obrzędowi mianowania Bieszczadnikiem. Radek, jako Mistrz Ceremonii chrzcił używając tzw. „gleby bieszczadzkiej” (kto był w Bieszczadach, ten wie, co to jest), nadając imiona i wydając stosowne dokumenty. Do chrztu delikwent był trzymany przez Ojca i Matkę Chrzesnych, którzy skutecznie go unieruchamiali ułatwiając Radkowi zadanie. Obrzęd zakończył się przy zapadającym zmroku próbą targnięcia się chrzczonych na Szacownych Spełniających Obrzęd, co skończyło się jednymi mokrymi butami i jednym ubłoconym polarem.

Kolejna atrakcja wieczoru - Meta. Tu bezkonkurencyjny był Piotr, który prowadząc metę przypomniał stare, a przez to już tradycyjne konkursy. Furorę zrobił konkurs zdolności zmiany obwodu brzucha w wydaniu damskim. Piotr zgarnął pulę, bo został głównym sędzią mierzącym (temu to dobrze...). Ponadto przypomniał konkurs na łańcuch z ubrań, zrzucanych bezpośrednio z ciał biorących udział w konkursie, który okazał się jeszcze wiekszą rewelacją. Śpiewy trwały do poźna w nocy. A następnego dnia o świcie rozpoczął się POWRÓT.

Jest to temat na co najmniej epopeję. Nie uczestniczyłem w najbardziej dramatycznych wydarzeniach, więc moja relacja będzie niepełna. Bladym świtem w niedzielę silna, acz nieliczna grupa wyruszyła z zamiarem dotarcia do Cisnej na 8.00. Pozostali uznali, że „zaklepany” autobus jest wystarczająco pewnym środkiem transportu. My dostaliśmy się bez żadnych kłopotów do Zagórza, gdzie zajęliśmy dwa przedziały w pociągu. Więcej nie mogliśmy, bo było nas tylko dwoje. Rozpoczęło się coraz bardziej dramatyczne oczekiwanie, gdyż wzbierający tłum najpierw zajął wszystkie przedziały w całym pociągu, a potem z wolna zaczął rownież okupować korytarze. My krwią i blizną do upadłego broniliśmy zajętych pozycji z wolna tracąc nadzieję. Na kilka minut przed odjazdem pociągu, kiedy już szykowaliśmy sie do honorowego odwrotu wpadły cztery osoby, które wyjaśniły sytuację. Otóż zamówiony autobus nie przyjechał i ludzie próbowali dostać się stopem. Nie tak łatwo jednak ewakuować 50 osób z głębi gór. Udało się tylko im. Później okazało się, że jeszcze kilka osób różnymi dziwnymi kombinacjami i połączeniami dostało się do Krakowa, gdzie wszyscy spotkali się w pociągu do Poznania. Mimo, że wyjazd nosił nazwę rajdu, dla nas był na dobrą sprawę obozem (dziewięć dni w górach!) i stanowił Wiosenne Wakacje. Co prawda z wiosną bywało różnie, ale ogólnie to tylko życzyć wszystkim takich wyjazdów. I w takim towarzystwie.

Wojtek

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań