Relacje

Rajd „Ten Trzeci”
Bieszczady
27.04 - 05.05.1996

Trasa rajdu „Ten trzeci”, którą dane mi było przejść, była zwana „Tajną” (taka była początkowa wersja - później nazwa rozwijała się wraz z tym, jak poznawaliśmy się coraz lepiej od zwykle nie ujawnianych stron (!)). Było nas tylko pięć sztuk (trzech facetów : Radek, Rafał i Pirożek oraz dwie urocze damy : Serbia (czasami zwana Renatą) i Alina, czyli ja), a przed sobą w perspektywie mieliśmy siedem dni wspólnego szwendania się po górkach i dołkach zwanych Bieszczadami.

Ekipa nasza została wyselekcjonowana, aby przetestować ją (a przynajmniej jej piękniejszą część) na przydatność górską w związku z dużo większym wyzwaniem, które czeka nas tego lata (na marginesie dodam, że test zdałyśmy podobno z wynikiem pozytywnym). Dwóch kierowników trasy badało nas pod względem ogólnej sprawności psychofizycznej (spanie w wiacie bez drzwi (był to koniec kwietnia i temperatura odpowiednia do tej pory roku), wstawanie „nie wcześniej niż o pół do piątej” (i nie później), biegi przełajowe z plecakami, odporność na pieruńskie zupki „made in China” (ewentualnie „made by Pirożek”), i inne). Ale nie uprzedzajmy faktów. Po kolei było to tak:

Dzień pierwszy.

Spotkali my się na dworcu. Ostatni byli pierwszymi (jak zapowiadało Pismo), a więc ci, którzy obiecywali być na końcu, w rezultacie czekali na resztę ekipy. Wsiedliśmy do pociągu ... i jechaliśmy. Podróż upłynęła nam milutko mimo (a może właśnie dlatego), że gitara Radka służyła jedynie jako stół do kart. Było nas wtedy tylko czworo - spodziewaliśmy się piątego - Pirożka - spotkać w Pszczelinach. Bieszczady powitały nas ulewnym deszczem. Kiedy dojechaliśmy do Pszczelin (już się wypogodziło) ujrzeliśmy niecodzienny widok. Na przystanku PKS-u, na karimatce leżał rozwalony Pirożek: książka w ręku, krótkie spodenki, rozstawiony palnik (herbatka?) - po prostu wczasy turystyczne w górach. Stanowił on niewątpliwą atrakcje dla pasażerów autobusu, z którego wysiadaliśmy. Kiedy już Pirożek poskładał się wreszcie do stanu górskiego łazęgi, ruszyliśmy do Mucznego. Nasi nieocenieni (przez niektórych natomiast przeceniani) kierownicy sugerowali coś mętnie, że tam otrzymamy bilety do Bieszczadzkiego Parku Narodowego, a potem czeka nas droga „gdzieś dalej”. Z ich wypowiedzi niejasno wynikało coś o czterdziestu kilometrach asfaltem, ale te opowieści położyłam na karb ich nieokiełzanej fantazji. W Mucznem rzeczywiście dostaliśmy od leśniczego bilety do BPN oraz informacje, że schronisko, do którego mieliśmy zamiar dotrzeć, jest zamknięte. W zamian zasugerowano nam spanie w wiacie, co zostało przyjęte przez naszych kierowników okrzykami radości (odpowiadało to ich planom testu odpornościowego). Ruszyliśmy więc zapowiadanym wcześniej asfaltem. Po kilku kilometrach drogi minął nas samochód, po czym zatrzymał się z piskiem opon. To leśniczy zlitował się nad nami i postanowił nas podwieźć. Gdy zobaczyłam z okien samochodu trasę, którą mieliśmy przejść, poczułam głęboką wdzięczność do leśniczego. Te opowieści o czterdziestu kilometrach nie były przesadzone. Trzeba przyznać, że nasi kierownicy wykazali ogromne zaufanie do nas sądząc, że nie ogłosimy buntu i że w dodatku tą trasę przejdziemy przed zapadnięciem nocy (a ruszaliśmy z Mucznego grubo po jedenastej). Na szczęście droga ta została nam oszczędzona, więc żeby nie narazić się na zarzut leserstwa, tego dnia ruszyliśmy jeszcze na cmentarz w Beniowej - nie istniejącej już wsi niemal na granicy polsko-ukraińskiej. Z cmentarza niewiele już zostało - nieme świadectwo przemijającego istnienia. Jak wspomniałam, spaliśmy w wiacie, „u pilarza” - faceta, który spędza życie tam, na końcu świata, na ścinaniu drzew. Okazał się szalenie miły, nie dość, że pozwolił nam spać w jego wiacie i gotować na swoim gazie (mieliśmy tylko jeden palnik, bo co poniektórym nie chciało się przynieść drugiego na dworzec), to jeszcze cierpliwie czekał, aż skończymy wieczorną grę w karty (której oddawaliśmy się z pasją) i dopiero wtedy wyłączał agregat (dający nam światło, byśmy mogli nurzać się w hazardzie). Spaliśmy jakby w przedsionku właściwej chaty pilarza i nie było tam drzwi. Taki drobiazg nie przeszkadzał jednak twardym i zaprawionym w bojach turystom (czyli kierownikom, wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że są androidami), którzy z pobłażliwością patrzyli jak my spinałyśmy śpiwory (w dodatku dwa lewe, co jest fenomenem na skalę światową) i zakładałyśmy na noc swetry i polary. Cóż, oni nie marzli - nie ma jak dobra stal i teflon...

Dzień drugi.

Kolejny dzień przeznaczyliśmy na poznanie „worka bieszczadzkiego”. Planowane było co prawda powitanie wschodu słońca na Kińczyku Bukowskim. Radek nawet zerwał się po cichutku przed czwartą (zrywając przy okazji prawie wszystkich pozostałych) ale niebo było zachmurzone, więc nie warto było iść. Kierownictwo podarowało nam jeszcze kilka godzin snu, które zostały rzetelnie wykorzystane. Zerwaliśmy się ponownie o siódmej i powędrowaliśmy na przełęcz Użocką (przez Beniową i Sianki). Tam mieliśmy dłuższe posiedzenie na granicy wraz z sesją zdjęciową. Pirożka, który bezczelnie kierował obiektyw na stronę ukraińską przestrzegaliśmy, że przestrzelą mu oko przez aparat, jednak nie doczekaliśmy się, ani nagłych strzałów, ani nawet ścigających nas WOP-istów. Ruszyliśmy więc przez krzaje, przekradając się bezdrożami zamaskowani jedliną przed strażnikami parku, na Opołonek (najbardziej na południe wysunięty kraniec Polski). Czy tam dotarliśmy - trudno powiedzieć. Las wszędzie wyglądał tak samo. W każdym razie wyprawa zaowocowała mokrymi butami (śnieg w niektórych miejscach sięgał kolan) i niejaką ilością zadrapań. Po drodze spotkaliśmy nawet ślady misia, ale on sam się nie pokazał (niestety), nie pokazali się również strażnicy (na szczęście). Pomijając wylegiwanie się na polankach i kilka mało znaczących sesji zdjęciowych, wróciliśmy do naszej ukochanej wiaty na jedzonko i nieodłączną grę w karty. Tutaj należałoby przedstawić genezę określenia „jelenie”, które powstało właśnie w czasie tych wędrówek. Oto w pewnym momencie Radek wszedł do wiaty rozpromieniony i ogłosił - Widziałem trzy jelenie! Wtedy spojrzałam na naszych trzech wspaniałych mężczyzn i stwierdziłam - Ja je nadal widzę... (cóż, to tylko jeden przykład złośliwości, która kwitła bujnie wśród naszej ekipy - stąd nazwa naszej trasy rozrosła się do „Złośliwa trasa tajna”)

Dzień trzeci.

Na ten dzień zaplanowana była transformacja od nielegalnego przekradania się po bezdrożach BPN do legalnego, wydeptanego, oznakowanego szlaku. Aby tego dokonać kierownictwo zerwało nas o wpół do piątej (!) motywując to koniecznością zdążenia przed strażnikami (cóż, za szwendanie się po BPN mogli nam oni sprezentować kolegium). Ruszyliśmy więc i... wtedy właśnie nasi kierownicy - Radek i Rafał ukazali swoje prawdziwe oblicza. Dotąd nasze wędrówki odbywały się właściwie bez plecaków (z wyjątkiem tych kilku kilometrów asfaltem dnia pierwszego) i praktycznie po równym terenie (nieznaczne podejścia - nie warte wspomnienia). Tu jednak zaczęliśmy się ostro wspinać na Wołowe, obciążeni „garbami”. I co się okazało? Że nasi kierownicy są androidami. Ani coraz ostrzejsze podejście, ani ciężar plecaka nie były im w stanie przeszkodzić (a wręcz pomagały) w ochoczym sprincie pod górę. Na każdym postoju (a nie było ich zbyt wiele, bo androidom zastygał olej w łożyskach) prezentowali radosną świeżość. Przebiegliśmy szybciutko Halicz, na Tarnicę weszliśmy jak japońska wycieczka (zdjęcia ze szczytu na cztery strony świata i bieg na dół), Szeroki Wierch tylko nam mignął pod nogami. (Nazwa naszej trasy została poszerzona o nowe informacje - „Szczerze złośliwa trasa tajna prowadzona przez androidy”). Tuż przed Ustrzykami zrobiliśmy tylko krótki postój na przygotowanie się do wejścia do cywilizacji. A był to pierwszy maja - i odezwała się w nas tęsknota za tradycją. Po krótkim przeglądzie odpowiedniej kolorystycznie garderoby i przystosowaniu jej do nietypowych celów, mogliśmy już wkroczyć do Ustrzyk pod czerwonymi sztandarami jak na prawdziwy pochód pierwszomajowy przystało. W Ustrzykach spotkaliśmy inną trasę rajdu - „Leserską” (przepraszam, „Ambitną inaczej”). Właściwie to ich początkowo nie zastaliśmy, bo biedni poszli na połoniny i pogubili szlaki. Jednak oczekiwanie na nich nie dłużyło nam się przy korzystaniu z uroków cywilizacji (prysznic + ciepła woda) i grze w karty (i piwie). Kiedy już leserzy dotarli w doliny, wieczorem mieliśmy ognisko, gdzie staraliśmy się (bezskutecznie) konkurować z pobliskim festynem rozbrzmiewającym muzyka disco-polo.

Dzień czwarty.

Aby kontynuować tradycje naszej trasy wstaliśmy znowu o niechrześcijańskiej porze i (hołdujac zasadzie tajności) ruszyliśmy w trasę raniutko, gdy leserzy jeszcze spali. Najpierw pojechaliśmy nyską do Wetliny. Jechaliśmy wraz z grupą uroczej młodzieży - niezwykle cichej i kulturalnej, na co miał niewątpliwie wpływ fakt, że z ośmiorga obecnych z nami, pięciu miało na uszach walkmany. Cóż, muzyka łagodzi obyczaje, czego nie można było powiedzieć o naszej grupie (kto chce wiedzieć, niech zapyta Serbii, co tam robiła). Spotkaliśmy później ową młodzież na szlaku - walkmany nie przestały być w użyciu. Z Wetliny ruszyliśmy przez połoniny do Ustrzyk. Naszą zasadą stało się: „Przechodzimy trasy w czasie o połowę krótszym od tabliczkowego” (tego wypisanego na tabliczkach na szlaku) - a więc znowu biegi przełajowe, chociaż tym razem byliśmy bez plecaków, co zdecydowanie odbiło się na naszym tempie (nie wiem, czy wspominałam, że androidy najlepiej chodzą, gdy są solidnie obciążone). Kiedy dobiegliśmy do Ustrzyk, spotkaliśmy tam kolejną ekipę z tras rajdu - „Ambitnych”. Oczywiście wieczorem nie obyło się bez wspólnego posiedzenia z gitarą (tym razem ognisko zostało zastąpione paczką chipsów, nad którą wszyscy się zbierali), no i nie mieliśmy już żadnej konkurencji.

Dzień piąty.

Nie muszę chyba wspominać, że kolejnego dnia również wyruszyliśmy najwcześniej. Nasza zasada „Połowa czasu tabliczkowego” pozostała nadal w mocy i na Wielka Rawkę wbiegliśmy (przy wtórze protestów zdegustowanego Pirożka (chyba nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić) pytającego, czy bijemy jakieś rekordy) w półtorej, z planowanych trzech godzin. Na szczycie krótkie poleżenie i wybór dalszej trasy. Z trzech wariantów wybraliśmy oczywiście najambitniejszy przez Kremenaros i Rabią Skałę. Trasa przebiegała jak zwykle (a właściwie to my przebiegaliśmy trasę). Dopiero na Czole (to jeden ze szczytów) dane nam było odpocząć. Zmęczenie dało o sobie znać i wszyscy jak padli, tak zasnęli (wcześniej zdążywszy w półśnie przekąsić małe co nieco). Stanowiliśmy niewątpliwie atrakcyjny widok dla mijających tę kupę zwłok turystów. Nie dane nam było jednak wyspać się. Kierownictwo (które nota bene też sobie przysnęło) pogoniło nas dalej. Na Rabiej Skale wysączyliśmy ostatnie krople wody i o suchym pysku pomknęliśmy do Wetliny. W Wetlinie obowiązkowy postój przy i w barach, po czym dotarliśmy do schroniska u Pietrka, gdzie przytulili nas (po raz kolejny) leserzy z ambitnymi. Wieczorne śpiewanie przeciągnęło się do późnych godzin, gdyż Radek postanowił solidnie wypróbować akustykę wetlińskiej kuchni. Trwało to do czasu, gdy wraz z Rafałem dorwaliśmy się do głosu i rozpoczęliśmy szanty. Wówczas jakoś wszystkim nagle zaczęło się spieszyć i kuchnia opustoszała. Z pewnością stało się tak ze względu na późną już wtedy porę (około pół do trzeciej), a nie nasze walory wokalne.

Dzień szósty.

Nie chciałabym się powtarzać, więc ograniczę się do stwierdzenia, że wyszliśmy „o zwykłej porze”. Tym razem motywowane to było koniecznością wczesnego dotarcia do Roztok (gdzie mieliśmy zakończyć rajd). Nie wspominałam chyba jeszcze, że nasi jelenie zostali zobligowani do urządzenia mety. Wielokrotnie zdarzało się, że pozostawali na trasie troszeczkę z tyłu (!) i ustalali konspiracyjnym szeptem strategię oraz szykowali mnogość atrakcji. Tak więc pomknęliśmy do Roztok. Na Jaśle spotkaliśmy dwie pozostałe trasy rajdowe - „Dziewiątkę” i „Dwójkę”. Po czułym powitaniu ruszyliśmy wspólnie na dół do Roztok. Tam nerwowo (kierownik rajdu) lub spokojnie (reszta) doczekaliśmy się dotarcia ostatnich uczestników. Nastąpił wówczas chrzest bieszczadzki (oj, poużywał sobie Radek na wszystkich) i właściwa meta, czyli śpiewy, konkursy, piwo itd... Trwało to do momentu, kiedy Radek zaczął zasypiać nad gitarą - wtedy komisyjnie uznaliśmy, że należy iść spać. Ułożyliśmy się na dwóch salach, z tym, że rozłożenie było dziwnie nierównomierne. Po operacjach spinania śpiworów i krótkim wywalczaniu sobie przestrzeni życiowej, mogliśmy spokojnie usnąć.

Dzień siódmy.

Tego dnia miał nastąpić powrót do Poznania. Do wyboru było zejście do Cisnej i jazda zamówionym (podobno) autobusem do Zagórza lub (dla tych, którym się nie spieszyło na niziny) wędrówka do Nowego Łupkowa. Co do atrakcji powrotu tym mitycznym autobusem (a było tych atrakcji sporo) nie mogę się specjalnie wypowiadać i zainteresowanych odsyłam do uczestników tamtych zajść. Natomiast większość trasy „Tajnej” wraz z sympatykami wybrała ten drugi wariant. Trasa minęła nam przyjemnie, a zakończyliśmy ją efektownym biegiem na stację, dzięki któremu zdążyliśmy na pociąg do Komańczy. Chcieliśmy tam zwiedzić cerkiew (a szczególnie fanka wszelakiej maści kościołów i ruin czyli Marta), ale niestety mieliśmy pecha - cerkiew była zamknięta. Potem pociągiem do Zagórza, z Zagórza do Przemyśla, z Przemyśla do Krakowa i potem już prościutko do Poznania. Po drodze kilka pociągów się spóźniło dzięki czemu co poniektórzy (np. autorka tego dzieła) nie zdążyli na zajęcia w poniedziałek. Rajd zakończyliśmy w kameralnym gronie na dworcu w Poznaniu, skąd wszyscy brudni i wymęczeni powlekli się do domu (no, nie wszyscy - niektórzy brudni i wymęczeni powlekli się na wykłady).

Alina

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań