Relacje

Rajd „BezAlkoholowy"
Góry Opawskie
06-08.03.1996

Tak to się jakoś dziwnie złożyło, że w miesiącu marcu, jak co roku, pojechaliśmy całą kupą na rajd alkoholowy. Alkoholowe to one były co prawda tylko z nazwy (prawie), ale w tym roku organizatorzy chcieli nam odebrać i ta namiastkę. A przynajmniej tak nam się miało wydawać.

A było to tak:

Jak zwykle zebraliśmy się w holu dworca głównego PKP koło byłej kwiaciarni. Było to koło 20.50, choć jak się dowiedziałem pociąg miał odjechać o 21.50. Jak się dowiedziałem z dobrze poinformowanych źródeł, które pragną zachować anonimowość, uczyniono tak w celach integracyjnych. Ja jednak wolę myśleć, że główną przyczyną było to, że pociąg którym mieliśmy jechać był podstawiany 30 min wcześniej a trzeba było jeszcze kupić bilety. No. Zjawiłem się około 21.10 i okazało się, że może nie tak bez sensu się spóźniłem, bo oto objawiła się pierwsza z atrakcji: 75%-owa zmiana planów (dobrze, że cel wyprawy został ten sam, bo gdybyśmy mieli jechać nad morze to nie mógłbym się wykąpać z powodu braku kąpielówek...). Wszyscy, którzy ufając informatorkowi zakupili bilet wcześniej musieli iść do kasy i pogimnastykować głowę pani kasjerce szczegółami biletowymi. Dalszych kilkanaście minut integrowaliśmy się i gadaliśmy o powodzie zmiany planów czyli śniegu, dostaliśmy znaczki rajdowe i rachunki do popłacenia (no, tych rachunków to formalnie nie było, ale płacić trzeba było całkiem formalnie - dziwne).

Po tych wstępach muszę powiedzieć, że ja osobiście nie cierpię tego momentu, gdy człowiek z plecaczkiem stoi jak ostatni (ocenzurowano) na dworcu i myśli: „po kiego ja tu przylazłem?”.

No ale w końcu załadowaliśmy się do pociągu i zaczęło się. Zaczęło się od przebierania w przedziałach - „bo tu zimno”, „bo tu cimno”, „tu dla smoków” itp. Wyszło, że zajęliśmy niemal cały wagon i zaczęliśmy robić sztuczny tłok, w celu odstraszenia potencjalnych nieproszonych pasażerów.

Ponieważ spać nie było co, bo około 4 w nocy czekała nas przesiadka w Krakowie ( a tak przy okazji 30 min wcześniej odjechał pociąg bezpośredni) rozpoczęły się zwykłe zajęcia pociągowe czyli łapki, mafie, śpiewy, gadanie o bzdetach i tym podobne (kto to przeżył wie o czym piszę)...

I nadszedł niespodziewanie piątek i godzina 4. Wysypaliśmy się na przytulny krakowski peron (sądząc po częstotliwości szczekających zębów było zdrowo na minusie i wiało w dodatku) i... nic. Okazało się, że pociąg, którym mieliśmy jechać, jedzie sobie kiedy indziej (czego widać nie wiedziano w informacji PKP). No. Porozkoszowaliśmy się jeszcze chwilę czystym krakowskim powietrzem (a zalatywało nieźle) a potem poszliśmy przekimać pozostałą godzinkę w barze dworcowym. Co tam się działo nie mam specjalnie pojęcia, bo gdy tylko usiadłem odezwało się z pewną taką nieśmiałością zmęczenie. Mówiąc prosto kimałem na siedząco...

Na kilkanaście minut przed odjazdem naszego drugiego pociągu ktoś obudził mnie życzliwym kuksańcem. Zobaczyłem jak wszyscy wyładowują się z baru - co było robić - poszedłem za nimi. W drugim pociągu (osobowym) przyjemna odmiana - ergonomiczne siedzenia wykonane chyba z materiału odpornego na bezpośrednie uderzenie jądrowe - cos jak w poznańskich tramwajach. Po parunastu minutach tej ergonomiczności zaczęły mi przypominać o swoim istnieniu pewne części ciała - innym pewnie też (a niektórym dziewczynom miało się co przypominać!). No. Pomijając te drobne niedogodności było całkiem przyjemnie - pośpiewalismy, pospaliśmy.

Dalsza podróż przebiegła bez najmniejszych problemów - przesiadka do następnego pociągu, do autobusu (bo gdzieś na linii był remont), do następnego autobusu i już byliśmy w Rytrze (czy też retrze jak mawiają panie w kasach PKP). Swe pierwsze kroki skierowaliśmy do miejsca zakwaterowania - domu wypoczynkowego (czy jakoś tak) RELAKS. Nazwę tą trzeba było sobie ciągle przypominać po wejściu do środka. Chociaż... patrząc z perspektywy dałbym temu lokalowi 6 punktów na 10 (gdzie 10 oznacza najlepszy nocleg rajdowy na jakim byłem). Odporni na wszelkie szkodniki Halniacy zresztą nie zwracają uwagi na takie drobiazgi. Byle był prysznic, stołówka, radia w pokojach, tv sat (przynajmniej w świetlicy), łóżka wodne, klimatyzacja itp. Po rozdzieleniu miejsc w pokojach na kanapach, łóżkach i podłogach, przegryzieniu tego i owego (sieć energetyczna okazała się odporna) postanowiliśmy przejść się w górki. Ja wybrałem Niemcową. Ku mojemu zdziwieniu większość luda również (bo trasę liczyliśmy przez śnieg na 5-6 godzin a było już południe). Poszliśmy.

Tak się złożyło, że na początku szedłem na początku i z tego początku na początku pierwszego podejścia zobaczyłem goniący mnie tramwaj - kupa ludu idącego gęsiego. Każdy patrzy się na nogi poprzedzającego - co za piękny widok górski. Po kilkunastu minutach spotkaliśmy miejscowa starsza kobietę, która usłyszawszy dokąd idziemy przeżegnała się i spokojnym zrównoważonym głosem krzyknęła, że tam leży śnieg po pas i wszyscy pomrzemy (no, może trochę koloryzuję, ale ze śniegiem to prawda). Nie zwróciliśmy na te teksty większej uwagi i poszliśmy dalej. Na początku nie rzucało to się w oczy, ale śnieg był coraz wyższy. Nie przeszkadzało to nam, bo szliśmy dobrze wydeptana ścieżka. Niestety powoli ścieżka zaczęła się zwężać, aż w końcu jej szerokość całkowicie przeszła w dziedzinę liczb urojonych. Idący jako pierwszy zapadał się za każdym krokiem jakieś 40cm w śnieg (da się iść). Ci, którzy nie mieli ochraniaczy na buty i nogawki spodni dość szybko nabrali śniegu w buty. Bardzo efektownie wyglądały wystające wełniane skarpety - jak choinki z kulkami śnieżnymi zamiast bombek.

Im wyżej wchodziliśmy tym więcej śniegu było. W końcu doszło do tego, że z każdym krokiem zapadało się po kolana i wyżej. Jak stwierdził Krzychu, który dość długo był przebiśniegiem (to ten co idzie pierwszy) był taki moment, że czuł sztachety płotu pod nogami (niechcący przelazł przez płot)...

Reszta tej trasy to czysta poezja. Ci z tyłu, którzy szli po dobrze udeptanej już ścieżce denerwowali się dlaczego idziemy tak wolno, szybko jednak zmieniali zdanie gdy mieli możliwość przejścia parunastu metrów na przebiśniega. Wkrótce dotarliśmy na Niemcową, choć sądze, że niektórzy mogli tego nie zauważyć bo gapili się bez przerwy w nogi idącego przed nimi. Zejście wyglądało pod względem ilości śniegu tak samo albo i gorzej niż wejście. Przebiśniegi się zmieniały, reszta się z wolna za nimi turlała...

Aż doturlaliśmy się do Piwnicznej. Tu chwila relaksu, zakup prowiantu w sklepiku (większość kupowała napoje na przetrwanie nocy), i autobusikiem do Rytra. Z tym autobusikiem (a w zasadzie autobusikami) to też tak jakoś dziwnie było. Kierowca pierwszego autobusu chciał odjechać z otwartymi drzwiami (i pasażerem w tychże), drugi autobus miał doskonale wyślizgany ostatni stopień, także niemal każdy pomimo ostrzeżeń zaliczał mniej lub bardziej twarde efektowne lądowanie...

No. W RELAKSie umywanko, jedzonko (kolejność była różna) a potem zgromadziliśmy się w jednym z pokoi (w świetlicy było za zimno) i pośpiewaliśmy (okazało się, że są wśród nas prawdziwe talenty).

I nastał dzień. Drugi - sobota.

Jeszcze w piątek wieczorem powstały pierwsze zasadnicze podziały. Część luda wyraźnie nie zasmakowała w śniegu i postanowiła telepać się na Halę Łabowską (gdzie miała być meta) ceprostradą (drogą transportową), która była przejezdna. Druga część postanowiła przebijać się mniej więcej zgodnie z planem czyli szlakiem niebieskim. Ja łapałem się na te druga opcje. Nie powiem by nie nęciła mnie łatwość tej trasy, ale miałem dwa argumenty przeciw: 1) trzeba było wstać o 6, 2) nie po to jedzie się w góry, żeby chodzić po drodze.

By wejść na szlak niebieski trzeba nam było pojechać pociągiem do Piwnicznej. Pociąg, jak twierdzili organizatorzy, miał być o 10.27 (albo cos koło). Ludziska wstawali wiec o późnych porach, myli się z leniwa, kuszali śniadanka, robili zapasiki na zimę itd. aż tu o 9.50 wpada Kicin jak po ogień (chociaż w RELAKSie nie wolno było używać Epi-gazu) i mówi, ze pociąg odjeżdża o 10.07. To co się potem działo można by było określić poetyckim określeniem „pożar w ...” ale nazwijmy to totalna ewakuacja. Każdy chwytał co miął pod ręką, ubierał i wychodził (z mniej lub bardziej kompletnie spakowanym plecakiem). Co by tu jeszcze nie gadać, to liczy się skutek - zdążyliśmy.

W Piwnicznej co niektórym przypomniało się, że muszą jeszcze cos dokupić, itp. Ja i Krzychu zdecydowaliśmy się już podreptać. To i poszliśmy. Szło się dobrze, bo ścieżki były wydeptane. Oczywiście skorzystaliśmy ze skrótu... 30 min wracaliśmy na szlak (ale i tak się opłacało, bo szlak był tam nieprzetarty). Aż dotarliśmy do miejsca gdzie przetarte było już tylko przez Ankę i Kicina, którzy przeszli kawałek tą trasa dnia poprzedniego. Tam karimatę rozłożyliśmy, siedliśmy, pogadaliśmy, popiliśmy, pojedliśmy aż doczekaliśmy się czołówki peletonu. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy iść metodą na krótkiego przebiśniega (krótkie zmiany przebiśniega, co by nie padł od razu). Poszliśmy...

Początkowo śnieg był niespecjalnie głęboki, bo szliśmy przez las. Peleton jakoś niemrawo się za nami poruszał i dość szybko go zgubiliśmy. Na pierwszym większym wzniesieniu zrobiliśmy postój. A było to zaraz po wyjściu z lasu. A trzeba wiedzieć, że jak jest wysoko i nie ma lasu to jest śnieg. A śniegu tam było co niemiara. Jeszcze na postoju co chwilę ktoś wpadał po pas. No. A my co? Nieustraszeni przebijacze śniegu... z uśmiechem na twarzy poszliśmy. Śnieg był niezgorszy. Pomijając bolesne szczegóły reszty trasy powiem jedynie, że widoczki były niezłe. Wkrótce spotkaliśmy delegację od strony schroniska (myśleli, że znajdą zahibernowane kukły z plecakami). Po lekko przetartym szlaku poszło już jak z płatka.

W schronisku okazało się, że miejsc niepodłogowych jest mniej niż miało być - ale to normalka. Po pojedzeniu, umyciu, odsapnięciu rozpoczęła się meta. Co jest na mecie - kto był to wie, kto nie był niech jedzie z nami na rajd. Trzeba wspomnieć jedynie o nazwie rajdu - bezAlkoholowy. Co nieliczni naiwni sadzili, że nie będzie poczęstunku (jak to co roku na tym rajdzie bywało). Przeliczyli się. Zgodnie z nazwą podano bez alkoholowy. Nieźle było. Po mecie co wytrwalsi jeszcze sobie pośpiewali a reszta poszła kimać.

I nastał dzień. Ostatni - niedziela.

W niedzielę, jak to zwykle na rajdach bywa, trzeba było się zwijać. Trasy były różniste, jednak jak zwykle na rajdach bywa, spotkaliśmy się niemal w komplecie w jednym pociągu. A tam, jak to zwykle Halny w pociągu, rozwaliliśmy się po przedziałach, zrobiliśmy sztuczny tłok, zaczęliśmy mafie rożnych maści itp. Aż tu pstynk - Poznaniówek. Trzeba się było wywalić z pociągu. No. Happy End.

Wasz (ang.) JJ?

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań