Relacje

Rajd „Śnieżny”
Gorce
08-10.12.1995

No więc było to tak: dawno dawno temu (jakoś 7 grudnia) zebrali się na dworcu naiwniaki około 21.00, wleźli do pociągu i zaczęło się... Na początku było oczywiście nerwowe szukanie miejsc - kto z kim, itd. Gdy już wszyscy doszli do wniosku, że nie mogą siedzieć tam, gdzie chcieliby, zebrali się w okolicy jedynego grającego, czyli ex-prezesa. Śpiewy trwały ładny kawał czasu przerywane jedynie kontrolami biletów. W końcu lekko podziębiony Radek doszedł do wniosku, że już dosyć tego dobrego i w przedziale pojawiła się mafia... jak wiadomo bardzo szybko się rozprzestrzenia i długo trzyma w swych łapach... ja spasowałem chyba koło 3, ale byli wytrwalsi.

Ranek rozpoczęliśmy od wyładowania się z cieplutkiego (miejscami) pociągu na ośnieżony dworzec NT (Nowy Targ). Tu nastąpiła znacząca, jak się potem okazało, zmiana w trasie - zamiast na Przełęcz Snozka jedziemy do Grywałdu. I pojechaliśmy. Po dotarciu na start obejrzeliśmy zabytkowy kościółek, przy którym rozegrała się Pierwsza Wojna Śnieżna - bez ofiar w ludziach. W końcu, po pewnych przestojach, ruszyliśmy w trasę. Szło się średnio. Mnie osobiście wydawało się, że jest trochę mało śniegu. Nasz niestrudzony Michał (skarbnik elekt :)) obsypywał dziewczyny gorąco... śniegiem. Co niektórym nieźle się dostało.

Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy na polanę, przy której zdecydowaliśmy się nieco odpocząć (a właściwie rozerwać). Rozegrała się Druga Wojna Śnieżna. Tym razem były ofiary - między innymi dostało się Radkowi i Żabie. Zrobiliśmy 2 bałwany (jakby już nie było dosyć). Odpowiednio przemoczeni i zmachani powlekliśmy się dalej i po pewnym czasie mieliśmy pierwsze szczytowanie - Lubań 1225 m npm. Tam czekała na nas pięciodniówka... ale poszła sobie 1.5 godziny wcześniej (dla ścisłości - na trasie pięciodniowej był tylko Krzychu). Na Lubaniu urządziliśmy strzelanie do puszek. W roli puszek na płocie zgodziły się zasiąść trzy dziewczyny - udało się strącić tylko jedną - kiepsko! Po strzelaniu herbatka i w drogę. Tu już widoczna była zaleta tego, że Krzychu szedł pierwszy - szlak był ładnie widoczny. Muszę się przyznać, że po kilkunastu minutach na zielonym szlaku minę miałem niesporą. Pomimo, że przeszło przede mną kilka osób za każdym krokiem wpadało się po kolana w śnieg. Gdy tym zapadaniem byliśmy już wszyscy dobrze pokrzepieni, zauważyliśmy, że Krzychu zgubił szlak (zejścia miały miejscami 75st - to był raczej kulig i spływ strumykiem). Jego szczęście, że potem znalazł, bo jak my byśmy wcześniej znaleźli Krzycha, to... Ale to drobiazg, bo zrobiło się ciemno, a jak mówili okoliczni górale (i młode góralki, które się wałęsały po drodze całymi stadami) zostało nam do przejścia jakieś drobne 3 godziny, z tego 20 min pod górke. ... .... Nie będę opisywał tych czarnych godzin człapania w mokrych butach po ciemku (blach!)... w końcu światełko, e to tylko księżyc prawie w pełni, a potem drugie swiatełko - to była Hawiarska Koliba. Hawiarska Koliba wyraźnie odznaczała się wysokim stopniem luksusu - szczególnie tym trzecim, mało się nie zabiłem, ale w końcu dopełzłem do drzwi, wlazłem, klapnąłem na ławkę i zapadłem w letarg. W tym momnecie nie powiem, jak reszta to przeżyła, bo niestety nie wiem, ale podejrzewam, że niewiele radośniej. Na miejscu była już pięciodniówka i mała grupka, która zerwała się na skróty. Po pół godzinie dotarła reszta.

Na półmetku jak to zwykle - jedzenie, śpiewanie, suszenie i spanie. Najgorzej poszło ze suszeniem. Para butów upiekła się na piecu, a reszta pozostała mokra. Niewątpliwą atrakcją Koliby były kociaki (takie co robią miau, miau, żeby nie było wątpliwości). W nocy wynosiliśmy je ze sypialni ze siedem razy, a i tak rano ktoś miał kota... w śpiworze.

I nastał dzień drugi.

Pojedliśmy, ponarzekaliśmy, ubraliśmy mokre buty - sama radość i wyszliśmy na trasę. Tym razem szedłem na ogonie. Szlak przed sobą miałem dobrze wydeptany. Hm. Co tu jeszcze powiedzieć o trasie. Doszedłem do wniosku, że jeżeli chce się zobaczyć Tatry, to trzeba jechać w Gorce - widoki na Tatry naprawdę wspaniałe. Moja grupka dotarła na Turbacz (1310 m n.p.m.) około 15.30. Tu spotkała nas przykra niespodzianka - obsługa schroniska okazała się bardzo pazerna i wciskała ciemnotę w żywe oczy, więcej nie piszę na ten temat, bo mi klawisze powylatują.

Na Turbaczu dołączyła się trasa dwudniowa i pojawiły się Suchary Klubowe (wielce szanowni Starzy Członkowie). Znów pojedliśmy, popiliśmy, rozłożyliśmy się w pokojach. Miejsc z konieczności było mniej niż ludzi, ale chyba większość aż tak bardzo nie narzekała jeżeli mogła się położyć w odpowiednim towarzystwie. O 19.30 rozpoczęła się meta. Konkursy byly różniste - od obgryzania bananów po konkurs krajoznawczy. Reszta niech będzie tajemnicą. Po mecie mialem zaszczyt odebrać razem z Żabą blachę klubową - symbol prawa do płacenia składek. Dalej były śpiewy dobrowolne, które skończyły się jednak dosyć wcześnie. Raz śpiewali nasi, raz Suchary.

Potem nastała noc i dzień trzeci.

Dnia trzeciego trzeba się było zmywać do domciu. Pomysły były różniste - różnie wychodziliśmy, na różne stacje, różne pociagi... by spotkać się z większością w Krakowie, gdzie znów zagościła mafia, łapki, morderca, gów..o i inne zabawy. Pociąg przyjechał o godzinę za późno, ale nas już nic nie ruszało.

I to by było na tyle. Wszelkie zauważone nieścisłości proszę zachować dla siebie.

Jurek (JJ)

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań